Kryzysy, wojny i inne nieszczęścia

… czyli o niektórych zasadach gry społecznej

    Z ekonomicznego punktu widzenia wojna jest przepływem dóbr w skali makro z jednego miejsca na Ziemi w inne (z jednego państwa do innego państwa, przy użyciu przemocy). Wojna jest także ustaleniem nowych służebności – pokonani płacą zwycięzcom odszkodowania, kontrybucję, a czasami wraz z utratą niepodległości muszą płacić podatki.

    Wojna jest też dobrym rozwiązaniem kiedy nie chcemy lub nie możemy spłacać własnych zobowiązań. Wówczas wywołujemy wojnę w nadziei, że układ jaki powstanie po jej zakończeniu pozwoli nam przerzucić nasze zobowiązania na tych, których napadliśmy. Taka była geneza I wojny światowej. Skończyła się ekonomiczną klęską wszystkich głównych uczestników. Wygrały ją USA, Japonia, Szwajcaria i Szwecja, których skarbce wypełnione zostały złotem państw walczących. Państwa walczące wyprzedały zapasy złota aby uzbroić i zaprowiantować swoich żołnierzy, zapożyczyły się u własnych obywateli, a niektóre jak państwa Ententy także na zewnątrz. Wojny czasów nowożytnych z zasady wygrywają ci, którzy nie biorą w nich udziału. Dlatego handlarze bronią są krezusami, a ich zyski są porównywalne do osiąganych przez kartele narkotykowe.

    Ale wojny mają też inną stronę medalu, bo nic tak silnie nie spaja społeczności jak wspólne zagrożenie. Wspólny los, a w szczególności wspólne cierpienie, zbliża ludzi. I nie ma przy tym wcale znaczenia czy byliśmy stroną atakującą czy się broniącą. Nie ma znaczenia czy zabijaliśmy czy byliśmy zabijani. Istotne jest czy doświadczaliśmy przy tym głębokiej wspólnoty przeżyć. Taka wspólnota przeżyć nas cementuje. I buduje fundament pod wspólną tożsamość i efektywniejsze działanie w przyszłości.

    Skutkiem wojen, zarówno tych napastniczych jak i obronnych jest tworzenie lub zachowanie jedności społeczności. Nie ma znaczenia z jakim zamysłem wojna została wywołana. Zazwyczaj prowadzi do scalenia społeczności. Wojna dla pojedynczych ludzi jest nieszczęściem, a dla cywilizacji jest dobrodziejstwem. Bez zorganizowanych społeczności nie byłoby bowiem cywilizacji. Nieszczęście i powodzenie idą w parze, choć na różnych poziomach. Dobro i zło są wzajemnie uwarunkowane.

    Ludzie jednak mogą przedłożyć interes prywatny nad interes społeczny i przestać ze sobą wojować. Tym bardziej, że można wejść w posiadanie dóbr drogą ich wytworzenia, a niekoniecznie zabijania innych i narażania siebie na podobne ryzyko. Ale wówczas długotrwały brak zagrożeń i dobrobyt może doprowadzić do rozpasania i anarchii. I w konsekwencji do rozkładu i upadku cywilizacji. Jak temu można zapobiec?

    Są na to różne sposoby. Po pierwsze możemy wojnę sprokurować. Na przykład możemy wywołać wojnę z globalnym ociepleniem lub wojnę z zanieczyszczeniem środowiska. Wprawdzie nie będzie to wojna, w której się ludzie będą zabijać, ale zagrożenie podniesieniem poziomu oceanów i zatruciem środowiska też może przemawiać do wyobraźni. Tym bardziej, że 90% ludzkości mieszka w odległości do 200 km od linii brzegowej. Czy naukowcy przyłączą się do tej wojny? To zależy kto i za co im zapłaci. Naukowcy z zasady prognozują to co przynosi korzyści ich zleceniodawcom lub im samym. Prawda naukowa będzie zatem miała siłę „niepodważalnych dowodów” proporcjonalną do wielkości środków jakie przeznaczą na naukę interesowni sponsorzy. Temat pożytków z tych „sztucznych wojen” został zresztą już dosyć dokładnie omówiony po ukazaniu się raportu z Iron Mountain (opublikowanego w 1967 r. za przyczyną administracji prezydenta Andrew Johnsona).

    Po drugie zwiększając lub zmniejszając podaż pieniądza wpływamy na dobrobyt społeczny i szczęście pojedynczych ludzi. Jeśli zredukujemy ilość pieniądza w obiegu, podobnie jak uczynił to FED w latach 1929-33, wówczas wybuchnie kryzys. Bankierzy nazywają go w swoim żargonie „strzyżeniem owiec”. Duża część ludzi nie będzie w stanie spłacić swoich zobowiązań i ogłosi bankructwo. Stracą cały dorobek, niektórzy nawet targną się na swoje życie. Inni będą na długotrwałym bezrobociu pozbawieni podstawowych środków do przetrwania. Zostaną zdegradowani społecznie, upodleni, skazani na noclegowiska dla bezdomnych i przymieranie głodem. Pozytywną stroną tego zjawiska jest jednak wspólnota przeżyć w warunkach  zagrożenia. Każdy kolejny wspólnie przeżywany kryzys bardziej nas do siebie zbliża i cementuje poczucie wspólnoty. Wychodzimy z niego silniejsi jako społeczeństwo. Zorganizowane społeczeństwo to z kolei fundament dobrobytu jednostek. Im lepiej będziemy zorganizowani tym potencjalnie większy możemy osiągnąć dobrobyt. Czy zatem nie powinniśmy być wdzięczni bankierom, a w szczególności FED-owi, za przygotowywane specjalnie dla nas cykliczne „strzyżenia owiec”.