Co jest prawdą naukową?

  1. … czyli prawda naukowa nie istnieje

    Najwięksi optymiści twierdzą, że „Nauka nie może […] dotrzeć do prawdy lub fałszu […] jej twierdzenia mogą jedynie osiągnąć nieskończenie wiele stopni prawdopodobieństwa, których nieosiągalną górną i dolną granicę stanowią prawda i fałsz”.  Czym zatem jest owa „prawda” do której zmierza nauka?

    Najbardziej rozpowszechnione są obecnie trzy szkoły definiowania „prawdy”: klasyczna, koherencyjna i pragmatyczna.

    Pierwsza z nich, klasyczna, wychodzi z założenia o realności i jednoznaczności otaczającego nas świata i została w sposób zwięzły wyrażona zarówno przez Platona (427-324 p.n.e.): „to twierdzenie będziemy uważali za fałszywe, które mówi, że istnieje to czego nie ma”,  a także Arystotelesa (384-322 p.n.e.): „mówić, że to, co jest, nie jest, a to, co nie jest, jest, to fałsz, zaś mówić, że to, co jest, jest, a to, co nie jest, nie jest, to prawda”.  Podobne definiowanie „prawdy” i „fałszu” występowało także w okresie późniejszym u Johna Locka (1632-1704) i  Immanuela Kanta (1724-1804). O tym, że ten naiwny pogląd jest nie do obrony przekonywać w tym miejscu chyba nie potrzeba.

    Druga ze szkół, koherencyjna, wyznawana głównie przez środowiska naukowe, twierdzi, że prawdą jest tylko to co jest spójne z wyznawanymi poglądami, tylko te sądy są prawdziwe, które przyczyniają się do porządkowania świata człowieka. Zwolennicy tego poglądu wychodzą z założenia, że wszystko w świecie jest ze sobą powiązane, a świat ma charakter rozumny. Warunkiem koniecznym i wystarczającym uznania dowolnego twierdzenia za prawdziwe jest jego przynależność do spójnego systemu. Nasuwa się w tym miejscu uwaga, że „prawdą” w tej szkole jest to co człowiekowi, w szczególności naukowcowi, pasuje za prawdziwe uznać. Poza tym, systemów i spójnych i logicznych, a jednak nieprawdziwych możemy w dowolnej chwili wygenerować dowolną ilość.

    Trzecia ze szkół, pragmatyczna, stoi na stanowisku, że posługując się słowami Williama Jamesa (1842-1910) „«prawdziwe», by powiedzieć najkrócej, to tylko to, co korzystne w sposobie naszego myślenia, tak jak «słuszne» to tylko to, co korzystne w sposobie naszego zachowania.”Prawda jest tworzona, tak jak zdrowie, bogactwo i siła są tworzone w trakcie doświadczenia”. Prawdą jest sąd co do którego mamy powszechne przeświadczenie (Charles S. Peirce (1839-1914): „Przez prawdę rozumiemy przeświadczenie, którego ostatecznym przeznaczeniem jest to, że zgodzą się nań wszyscy badacze”, a innym razem raczej ironicznie „jest tym, co mówią uczeni, gdy dochodzą do końca swojej pracy”)  lub sąd przydatny w działaniu (John Dewey (1859-1952): „Jeśli idee, znaczenia, koncepcje, pojęcia, teorie, systemy … skutecznie spełniają one zadania są rzetelne, solidne, ważne, dobre, prawdziwe. Jeśli nie udaje im się rozjaśnić niejasności, usuwać braków, jeśli zwiększają niejasność, niepewność i zło … są fałszywe”, jednocześnie „jeśli rzeczy istniejące, w wyniku działań, organizują się i dostosowują do siebie ponownie w taki sposób, jaki idea zamierza, owa idea jest prawdziwa”. Nie sposób nie zgodzić się z opinią, że zdefiniowana w ten sposób „prawda”  wykazuje zależność od doraźnych potrzeb człowieka. Czy, zatem, rozprawianie o „prawdzie”, kiedy nawet nie wiemy czym ona jest, ma jakikolwiek sens? Czy „prawda“ w ogóle istnieje?

    A może rację miał Karol Darwin (1809-1882), który twierdził, że „nauka nie powstała z naszego dążenia do prawdy jako takiej lecz z konieczności utrzymywania kontroli nad środowiskiem”? Czy w takim przypadku jako dominujący gatunek każdą naszą teorię, byle skuteczną, nazwiemy naukową i najprawdziwszą z prawdziwych?

   A może rację miał inny złotousty „klasyk”, którego słowa objawienia niczym nektar spijał z ust rozentuzjazmowany naród niemiecki, kiedy ten w pierwszej połowie XX wieku mówił, że „im większe kłamstwo, tym ludzie łatwiej w nie uwierzą […] kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą”.

To co człowiek widzi, zależy zarówno od tego na co patrzy, jak i od tego co nauczył się dostrzegać w swym dotychczasowym doświadczeniu wizualnym i pojęciowym. Bez tego doświadczenia dostrzegalibyśmy jedynie, mówiąc słowami Williama Jamesa, „kakofonię dźwięków i barw”  ponieważ „ludzie odbierający na siatkówce oka te same wrażenia mogą widzieć różne rzeczy”, a także całkiem odwrotnie „osoby odbierające na siatkówce różne wrażenia mogą widzieć to samo”. Symptomatyczne jest, że „dopiero po okrzepnięciu przewrotu kopernikańskiego można było obserwować pojawianie się gwiazd nowych i ruchy komet w przestrzeni międzyplanetarnej; zjawiska te jakkolwiek widoczne gołym okiem w rzeczywistości ignorowano dopóty, dopóki przyjmowano niezgodny z nimi paradygmat ptolemejski”.

    Swoją drogą, pokutuje w naszym postrzeganiu życia przekonanie, że jest jakiś jeden wspólny dla wszystkich ludzi świat, którego fragmenty odkrywają przed nami nauka, religia, sztuka, filozofia. Świat ma jakoby istnieć niezależnie od nas, gdyby nas zabrakło trwałby nadal w formie niewiele różniącej się od tej, która nam towarzyszy. Wydaje się, że nauka bez takiego założenia nie mogłaby w ogóle funkcjonować. Teoretycznie możliwy jest jednak model zupełnie inny – nie odkrywamy świata, świat staje się, dokonuje się z każdym naszym odkryciem; my go nie odkrywamy, my go tworzymy. Nie ma nic obiektywnego, ba, nie ma nic intersubiektywnego co mogłoby istnieć priori w przestrzeni międzyludzkiej. To my ludzie zapełniamy doskonałą pustkę tworami naszej wyobraźni. Zajmujący się procesami poznawczymi psycholog z Uniwersytetu Kalifornijskiego Donald D. Hoffman twierdzi, że wszystko, co obserwujemy, rozgrywa się tylko i wyłącznie w naszej świadomości, która jest rodzajem interfejsu lub systemu operacyjnego przekształcającego niepoznawalną strukturę rzeczywistości w zrozumiałe dla użytkownika symbole, myśli i wrażenia. Żeby poznać czym jest ludzka świadomość należałoby wyjść z systemu, czyli z samego siebie, co jednak jest rzeczą niemożliwą.

    W tym kontekście nauka nie różni się niczym od religii, sztuki czy filozofii … Sztuka, filozofia, a w szczególności religia, każą nam wierzyć w rzeczywistość wykraczającą poza odbierane zmysłami zjawiska. Światy sztuki, filozofii czy religii powołujemy do istnienia siłą własnej wyobraźni względnie wiary, są sztuczne i ulotne wobec materialnej rzeczywistości. I podatne na zmiany: reformator religijny, prorok czy wybitny artysta mogą te „światy religii” czy „światy sztuki” w ułamku chwili zmienić.