Nauka a religia

… czyli uczył Marcin Marcina

Wstęp

    Wyobraź sobie, że nagle znalazłeś się na obcej planecie. Tak samo jak na naszej są na niej autostrady, jeżdżą po nich samochody, latają ponad głowami samoloty i kosmiczne rakiety, pływają statki i podwodne łodzie. I żyją na niej istoty, które podobnie jak my wierzą w swoją nieśmiertelność, w jakąś formę życia po życiu … Dzięki temu rozwinęli abstrakcyjne myślenie i filozofię, i sztukę, i naukę … Następuje u nich stały postęp technologiczny… Ale kiedy zagłębiasz się w stworzoną przez nich naukę ze zdumieniem zauważasz, że nie ma w niej miejsca na fale, pola elektryczne czy magnetyczne, siły, moce, prądy, wektory, całki, tensory itp. Teorie naukowe wyglądają zupełnie inaczej niż w twoim świecie. Czy jest to możliwe? Czy koniecznie trzeba znać teorię supersymetrii, teorię grawitacji, teorię ewolucji czy teorię zachowania energii, żeby zbudować komputer? Czy bez znajomości jakobianów, gradientów, tensorów czy liczb urojonych nie można zbudować pojazdów kosmicznych? I wreszcie, rzecz najważniejsza, czy nauka może udzielić bardziej zadawalającej odpowiedzi o istotę życia aniżeli religia, filozofia czy sztuka? Czy nauka różni się od religii, filozofii czy sztuki? Na te pytania będę starał się udzielić odpowiedzi w niniejszym rozdziale.

Intersubiektywność i elegancja w nauce  

    Jako gatunek jesteśmy na Ziemi dominującym drapieżcą. Świat przedmiotów i zdarzeń, które odbieramy zmysłami, pragniemy naszą wyobraźnią za każdą cenę uporządkować i podporządkować sobie. Wymyśliliśmy bogów i najprzeróżniejsze duchy, które miały być dla nas partnerami w tym dziele (i to była religia). Z czasem uprościliśmy nasze teorie redukując mnogość bóstw i duchów do zaledwie jednego (monoteizm) i koncentrując większą uwagę na bezosobowych kategoriach i przedmiotach (i to już była filozofia). Jeszcze później, dzięki wyrugowaniu z naszego myślenia niepotrzebnych osobowych bogów i duchów, powstała nauka. Wymyśliliśmy też brzytwę Ockhama i stosujemy ją jak bezdyskusyjny dogmat choć każdy przyzna, że prostota teorii naukowej nie musi wcale być równoznaczna z jej prawdziwością. Jednak dla nas, dla naukowców, prawdziwą jest ta teoria, która obejmuje największą ilość opisanych najprostszymi terminami zdarzeń i jest przy tym najprostsza (bo nie należy mnożyć bytów nad niezbędnie wymagalne). Kryterium elegancji estetycznej jest szczególnie często stosowane przez przedstawicieli nauk ścisłych (ale przecież z logicznego punktu widzenia względne „piękno” teorii powinno mieć się nijak do jej prawdziwości). Postulat najprostszej teorii nie ma oczywiście żadnego logicznego uzasadnienia jest za to bardzo praktycznym narzędziem usprawnienia komunikacji naukowej.

    Nikt nie ma chyba wątpliwości, że postrzegany przez nas świat różni się od tego, jaki postrzega koń, pchła czy wirus. Każde ze zwierząt ma inaczej zbudowane czujniki odbioru bodźców z otoczenia (narządy zmysłów), w inny sposób transportuje te bodźce wewnątrz własnego organizmu (układ nerwowy) deformując je w sposób właściwy każdemu gatunkowi, w inny sposób przetwarza je ostatecznie na produkt końcowy (przetwarza bodźce mózg, który generuje obraz, dźwięk, smak, węch, dotyk i inne). Otoczenie, które postrzegamy nie ma zatem charakteru obiektywnego, a jedynie ograniczony do naszego własnego gatunku – intersubiektywny. Gdybyśmy jednak zastąpili nasze oczy aparatem rentgenowskim „zobaczymy” świat zupełnie inny niż ten, który nas otacza. Czy będzie przez to mniej prawdziwy? Każdy z tych światów jest jednakowo uprawniony do bycia prawdziwym, zarówno świat człowieka, jak i węża, który odbiera jedynie różnice temperatur ciał i przedmiotów, jak i psa, który widzi czarno-biało, jak i aparatu rentgenowskiego, który pokazuje nam obraz świata widziany przez pryzmat fal elektromagnetycznych o długościach od 10 pm (pikometr czyli 10 -12 m) do 10 nm (nanometr czyli 10 -9 m). Nasze ludzkie oko postrzega otoczenie przez pryzmat promieniowania o długościach od 400 do 700 nm (czyli 10 -9 m). Który z tych sposobów postrzegania jest bardziej poprawny, który z tych światów jest bardziej prawdziwy? Czy „temperaturowe” postrzeganie węża czy „infradźwiękowe” nietoperza jest mniej prawdziwe niż nasze własne, ludzkie? Naszymi zmysłami i urządzeniami rejestrujemy jedynie niewielki wycinek świata i mamy świadomość, że bardzo duża jego część jest przez nas jeszcze nie odkryta. Ta ograniczoność powoduje, że wszystkie nasze teorie mają charakter wyłącznie intersubiektywny, poprawny w obrębie naszego gatunku

    Od czasów Platona (427 p.n.e. – 347 p.n.e.) uczeni dostrzegają, że rzeczywistość stanowiąca nasze otoczenie, a wyobrażenie tej rzeczywistości, które tkwi w naszych głowach to dwa różne światy. Szczególnego znaczenia ten problem nabiera w fizyce kwantowej, w której podmiot obserwujący wpływa na treść, w tym położenie i właściwości, przedmiotu obserwowanego (w fizyce kwantowej rzeczywistość nie istnieje niezależnie od obserwatora). „Stajemy tu w obliczu relacji komplementarnych, immanentnych każdemu ludzkiemu stanowisku i w sposób niezapomniany wyrażonej w starej chińskiej filozofii, która przypomina nam, że w wielkim dramacie istnienia sami jesteśmy zarówno aktorami jak i widzami”.

    Jak postrzegamy nasze otoczenie? Przeprowadzane doświadczenia, szczególnie w zakresie przekazu treści reklamowych, wskazują, że nasza świadomość nie rejestruje wielu aspektów otaczającej nas rzeczywistości, takich jak migawkowe obrazy (tachistoskop), iluzje figura-tło, iluzje wtrącone (wbudowane) w obraz, słabo widoczne obrazy, pozornie nieistotne dane. Nasza świadomość także wypiera niektóre „niewygodne” treści (nawet treści marzeń sennych są deformowane poprzez usuwanie „niewygodnych” treści). Ale, pomimo że nasza świadomość niektórych treści nie rejestruje, a inne wypiera, to po ich wystąpieniu zachowujemy się tak jakbyśmy je faktycznie zaobserwowali! Zmysły dostrzegają, a umysł analizuje to czego nie zauważa nasza świadomość. Na poziomach: świadomym i nieświadomym żyjemy w bardzo różniących się światach! Rozejrzyj się po pokoju, w którym teraz przebywasz. Widzisz ściany, okna, sufit, podłogę i zapewne kilkadziesiąt innych detali. Ale wszystko to co świadomie dostrzegasz stanowi zaledwie 5% bodźców, które docierają do Ciebie. Pozostałe 95% bodźców odbiera Twoja podświadomość. Badania dowodzą, że około 99% wiedzy przyswajamy sobie w sposób pozaświadomy. Twoja podświadomość odbierając sygnały z otoczenia, sygnały których Ty nie dostrzegasz, kieruje Twoimi myślami i postępowaniem. Jest przy tym inteligentna, kreatywna i potrafi układać długofalowe plany, niewiarygodnie szybko czyta i rozumie teksty, a także potrafi tworzyć poezję, i w odróżnieniu od świadomości potrafi prowadzić wiele procesów równolegle, słowem jest bardziej sprawna niż Twoja świadomość. W życiu codziennym stale kierują naszym działaniem bodźce podprogowe, których istnienia nawet się nie domyślamy (z reguły ze zrozumiałych względów marketingowych wyniki badań wpływu bodźców podprogowych nie są na życzenie zamawiających upubliczniane). Na poziomie świadomym żyjemy w innym świecie niż on jest naprawdę, między naszą świadomością i podświadomością często występuje konflikt, który szczególnie widoczny jest u osób cierpiących na rozszczepienie osobowości – nawet tzw. normalni ludzie mają różne typy osobowości uruchamiane w reakcji na różne sytuacje. Także nasza edukacja dokonuje się dwoma różnymi, czasami niosącymi sprzeczne treści, kanałami: świadomym i nieświadomym. Treści, które przyswoiłeś sobie w procesie świadomego uczenia są z pewnością inne niż te, które nabyłeś w wyniku świadomej edukacji. Sam nie wiesz co wiesz naprawdę!

    A w jaki sposób komunikujemy się ze sobą? Przekazywaniu dowolnego komunikatu towarzyszą zawsze dwa cele: podzielenie się informacjami oraz przekonywanie do tych informacji (w celu wywarcia mniej lub bardziej świadomie określonego wpływu). Każdy komunikat jest zatem perswazją. W każdym artykule naukowym, obojętnie czy jest on publikowany w Science, Nature czy w zeszytach naukowych trzeciorzędnej szkoły wyższej mającej swoją siedzibę w zapyziałej pipidówce, naukowiec najpierw w sposób wybiórczy przedstawia swoją wiedzę, a następnie używając akceptowalnej w środowisku argumentacji przekonuje do swoich racji potencjalnych odbiorców. Każdy artykuł naukowy jest zatem perswazją. Swoją drogą, stworzenie komunikatu, który nie byłby w żaden sposób perswazyjny jest niezwykle trudne. Nawet telewizyjny „pogodynek” informując nas, że temperatura powietrza będzie następnego dnia wynosić 26 stopni i nie będzie padał deszcz skłania nas do określonych zachowań co do ubioru.

    Edukowanie jest jedną z najważniejszych metod perswazji. Propaganda to nic innego jak perswazja na masową skalę. „Public relations” według zamysłu twórcy tego terminu, Żyda Edwarda Louisa Bernaysa (1891-1995), prywatnie siostrzeńca Sigismunda Schlomo Freuda, to naukowa metoda kierowania zachowaniem innych (zresztą, w swoich słynnych eksperymentach skutecznie manipulował opinią publiczną). Stale, w sposób mniej albo bardziej świadomy, wywieramy wpływ na innych usiłując skłonić ich do podzielania naszego punktu widzenia. Z wzajemnością urabiani jesteśmy stale, także jako społeczeństwo, przez siły których istnienia sobie nawet nie uświadamiamy – jakich trzeba użyć argumentów i mechanizmów, żeby skłonić człowieka do pójścia na napastniczą wojnę i spowodowania w nim gotowości oddania własnego życia? „Ludzki mózg to skomplikowany organ, który posiada wspaniałą umiejętność, pozwalającą człowiekowi znaleźć powody dalszego wierzenia w to w co chce wierzyć” (Voltaire). Ostatecznie, w nauce triumfuje perswazja choć często nie jest ona logiczna. Już klasyk Freud twierdził, że choć naszym zachowaniem kierują nieuświadomione impulsy to zawsze staramy się je wyjaśnić racjonalnymi przesłankami (myślimy i działamy nielogicznie, a za logicznych chcemy być uważani). Kiedy zdrapiemy zewnętrzną warstewkę naszej psychiki (świadomość) okazujemy się nielogiczni, impulsywni i podatni na prymitywną manipulację, często seksualną, słowem nienormalni.

    A w jaki sposób myślimy? Nasz największy brak intelektualny, zdaniem psychologów, polega na tym, że w procesach świadomych myślimy od końca. Postawieni przed problemem najpierw wybieramy wniosek, który najpełniej do nas przemawia, a następnie dopasowujemy do niego argumenty za nim przemawiające; najpierw formułujemy wnioski, a następnie wykorzystujemy fakty do konstruowania argumentów potwierdzających wnioski. Aby wystąpiła kolejność: „fakty-analiza-wnioski” nasze postrzeganie musiałoby być wolne od emocji i nie być deformowanym przez charakteryzujące każdego z nas postawy. A w rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie – kierują nami emocje, których nawet sobie nie uświadamiamy, często egoistyczne i niemoralne. Umacniamy w sobie nawzajem złudzenia, że jesteśmy normalni, a w rzeczywistości społeczeństwo cierpi na wrodzone zaburzenia emocjonalne czego namacalnym dowodem są wszechobecne w mediach gwałt, przemoc i mordy. To zbiorowe zniekształcanie rzeczywistości, w którym wszyscy bez wyjątku bierzemy udział, ogranicza nasze procesy myślowe – nawet najgłupsze treści jeśli są odpowiednio „opakowane” przyjmujemy za odkrywcze, inteligentne i twórcze. Jedną z podstawowych zasad życia społecznego można ująć w powiedzeniu „chcesz żyć między wrony musisz krakać jako i one” – potwierdzają to liczne klasyczne już eksperymenty, w których jednostki potrafiły skutecznie wypowiadać oczywiste nonsensy o ile wcześniej sąd ten podzielało ich otoczenie. Historycznie rzecz ujmując całe społeczeństwa przyjmowały (i przyjmują!!!) punkty widzenia, które z perspektywy czasu wydały się irracjonalne i nonsensowne.

    Życie nie jest wcale tak poukładane jak próbujemy to sobie wmówić (dla podreperowania własnego mniemania o sobie) – z reguły podejmujemy decyzje nie dysponując wystarczającą do tego ilością informacji, wykonujemy zadania nie dysponując odpowiednimi do tego narzędziami, akceptujemy rozwiązania czy sytuacje, których nie uważamy za stuprocentowe sukcesy (często nasze zadowolenie oscyluje na poziomie nieco ponad 50%). Ta stała niepewność wymusza naszą kreatywność – tworzymy z puzzle obrazy rzeczywistości, w których zdecydowana większość klocków jest dla nas niewidoczna (może nawet 99%). Niewiedzę zastępujemy wiarą, niepewność – animuszem, brak wystarczającej ilości konkretów – ironią i humorem; robimy to po to aby przyswoić sobie nasze otoczenie i nie odczuwać paraliżującego strachu niepewności. Kiedy nasze nieoczekiwane skojarzenia i związki przynoszą jakikolwiek akceptowalny skutek nazywamy to kreatywnością, kiedy jednak nie dają oczekiwanych rezultatów nazywamy je zabawnymi – humor to kreatywność, która nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Biada temu, kto będzie się kierował w realnym życiu naszymi naukowymi wyobrażeniami – zginie po wykonaniu pierwszego kroku! Mark Twain (1835-1910) napisał humorystycznie: „Nigdy nie pozwoliłem na to, aby szkoła przeszkadzała mi w edukacji”, sławny poeta i eseista, Paul Valery (1871-1945) uzupełnił tę myśl: „Człowiek poważny ma mało pomysłów. Człowiek pomysłowy nigdy nie jest poważny”, a najpełniej wyraził tę myśl najwybitniejszy znawca i kontynuator myśli Konfucjusza, Meng-tsy (ok. 370-289 p.n.e): „Wielki człowiek zachowuje umysł dziecka”. Wiele wybitnych osobowości tej miary co Albert Einstein (1879-1955), Grandma Moses (1860-1961), Martha Graham (1894-1991), Thomas Edison (1847-1931) czy Joseph Campbell (1904-1987) pozostało dziećmi nawet w swoim dorosłym życiu.

Moda w nauce

    Osobnym zagadnieniem jest znaczenie mody w nauce. Przeprowadzane badania statystyczne wskazują, że kierunki modne w nauce są miażdżąco uprzywilejowane co do ilości publikacji i nakładów finansowych. Zarówno w naukach teoretycznych jak i kosztownych naukach eksperymentalnych, które zazwyczaj wymagają pomocy finansowej ze strony rządów i międzynarodowych koncernów, wpływ mody jest nie do przecenienia. Ponieważ w gremiach decyzyjnych odpowiedzialnych za rozdział środków zasiadają tzw. autorytety naukowe i po części politycy finansowane są głównie te projekty doświadczalne, które są „top” i „trendy”, a pomijane zupełnie kierunki niemodne. Jednakowo dla polityka i naukowca w podeszłym wieku i ugruntowanej pozycji „poprawność” ma wartość nadrzędną. Amerykański fizyk i astronom Martin Harwit (ur. 1915), dyrektor Narodowego Muzeum Lotów Kosmicznych i Lotnictwa w Smithsonian (USA) trafnie odniósł się do problemu zmienności i mody w nauce: „Historia większości odkryć układa się w podobny schemat, niezależnie od tego czy rozważamy badania nad rozmaitością owadów, przemierzanie oceanów w poszukiwaniu nowych kontynentów i wysp czy poszukiwanie złóż ropy naftowej. Początek charakteryzuje rosnące tempo dokonywania odkryć ponieważ określona dziedzina budzi zainteresowanie coraz większej liczby badaczy. Powstają nowe pojęcia i narzędzia, mające związek z badaniami, a szybkość odkryć wzrasta. Jednakże prędko maleje liczba tego co pozostało do odkrycia, i tempo odkryć spada, pomimo wielkiej efektywności używanych metod. Poszukiwania zmierzają do końca. Można przypadkowo znaleźć własność poprzednio pominiętą lub napotkać szczególnie rzadki gatunek; lecz liczba odkryć zaczyna szybko maleć, a następnie zmniejsza się prawie do zera. Zainteresowanie wygasa, badacze porzucają tę dziedzinę i praktycznie nic się w niej nie dzieje”.

    Na tym etapie nauka nie różni się niczym od religii, sztuki czy filozofii, każda ma bowiem charakter intersubiektywny i w swoim rozwoju podlega zmiennym trendom upodobań i mody …