Rozwój nauki a metoda naukowa

    Nauka, jako autonomiczna część kultury człowieka, która służy (podobnie jak religia, sztuka czy filozofia) wyjaśnianiu świata (dla potrzeb człowieka), uprawiana jest wyłącznie z użyciem metody naukowej lub paradygmatów i dopiero od stosunkowo niedawna jest dziedziną społecznej aktywności. Zdaniem niektórych „jest wątpliwe, czy metoda naukowa oderwana od kultury, jaka ją zrodziła, będzie mogła trwać dłużej w trzecim tysiącleciu”. Sam termin „naukowiec” na oznaczenie osoby zajmującej się zawodowo nauką powstał  zaledwie 170 lat temu

    Niemal powszechnie wśród naukowców dominuje przekonanie, że wprawdzie „istnieje bardzo wiele – zapewne nieskończenie wiele – „światów logicznie możliwych”; jednakże system nazwany „nauką empiryczną” reprezentować ma tylko jeden świat: „świat rzeczywisty” lub „świat naszego doświadczenia”. Innymi słowy w przekonaniu naukowców, a także w przekonaniu potocznym, żyjemy w świecie, którego właściwości istnieją niezależne od tego czy my w nim jesteśmy i czy akurat prowadzimy jego obserwacje. Gdybyśmy nagle zniknęli świat ten istniałby dalej, niewiele różniąc się od tego jakim był przed naszym zniknięciem.  Zadaniem naukowca jest zatem ten świat rzeczywisty odkryć i wyjaśnić.

    Pozornie nauka powinna się rozwijać według prostego schematu: jeśli Antek wymyślił teorię tłumaczącą zależność pomiędzy zjawiskami 1 i 5, Bronek jest autorem teorii tłumaczącej zależność między zjawiskami 3, 6 i 17, a Czesiek właśnie opublikował teorię określającą zależności między zjawiskami 1, 3, 5, 6 i 17 to należałoby przyjąć, że teoria Cześka jako „najbardziej uniwersalna” względnie „najbardziej skuteczna” i tłumacząca najszersze spektrum zjawisk i z tego powodu „najbardziej zbliżona do prawdy” przyjęta zostanie powszechnie przez środowisko naukowców. Nic bardziej mylnego … Historia nauki pokazuję, że najbardziej znaczące teorie naukowe (paradygmaty) wcale nie były lepsze od tych, które wypierały, a już na pewno nie w tych obszarach, które ich autorzy uważali za najważniejsze:

• Mikołaj Kopernik (1473-1543), który wprowadzał teorię heliocentryczną pod hasłami „rozwiązania problemu roku kalendarzowego” w istocie wcale nie rozwiązał go lepiej aniżeli Klaudiusz Ptolemeusz (ok.100-ok.168), nadto w przewidywaniu położenia ciał niebieskich jego teoria heliocentryczna była nawet mniej dokładna aniżeli teoria Ptolemeusza,

• Isaac Newton (1643-1727), Żyd, nie pogodził mechaniki ziemskiej i niebieskiej,

• Antoine Lavoisier (1743-1794) nie rozwiązał zagadnienia identyczności gazów oraz problemu stosunków wagowych,

• Albert Einstein (1879-1955) nie spowodował, że dzięki jego teorii względności elektrodynamika stała się zgodna z przebudowaną teorią ruchu. Te przykłady można mnożyć. Powyższe teorie stały się kamieniami milowymi nauki (paradygmatami) pomimo, że cele dla których zostały wymyślone nie zostały osiągnięte.

    Filozofowie nauki zgodni są co do poglądu, że nie istnieje żadna metoda weryfikacji nowych teorii naukowych, w szczególności indukcja i dedukcja są w takich przypadkach bezużyteczne (choć wśród naukowców są i tacy, którzy twierdzą, że indukcja w ogóle nie istnieje). Z drugiej strony „jeśli w żaden sposób nie można rozstrzygnąć czy zdanie jest prawdziwe to zdanie to nie ma w ogóle żadnego znaczenia”. Przyjęło się uważać za Paulem K. Feyerabendem (1924-1994), że zasadniczym elementem takiej metody weryfikacji nowych teorii naukowych powinna być ich falsyfikowalność, która w uproszczeniu polega na tym, że jeśli teoria A implikuje zdarzenie B i zdarzenie B nie zachodzi, to teoria A jest fałszywa (podobne przekonania nie były odosobnione). Praktyka dowodzi jednak, że nawet powszechnie przyjęte paradygmaty, takie jak teoria ewolucji czy teoria względności nie spełniają w sposób oczywisty w pełnym zakresie kryterium falsyfikowalności. Podobnie rzecz się ma z teorią supersymetrii, teorią superstrun czy wieloma innymi teoriami z dziedziny cząstek elementarnych, ponieważ energie konieczne dla ich weryfikacji pozostają i najprawdopodobniej jeszcze bardzo długo pozostaną poza technicznymi możliwościami człowieka. Genewski Large Hadron Collider (Wielki Zderzacz Hadronów) czyli największy na świecie akcelerator do badania mikroświata ma 27 km długości, żeby zbadać królestwo potencjalnych superstrun musiałby mieć obwód jednego tysiąca lat świetnych (wymiar superstruny tak się ma do wymiaru protonu, jak proton do całego Układu Słonecznego). Zdaniem części naukowców falsyfikowalność „to kryterium zbyt surowe i zdecydowanie zbyt idealistyczne jak na warunki współczesnego świata „wielkiej nauki” […]  Nawet eksperyment nie jest w stanie obalić złej teorii, mogą to zrobić jedynie naukowcy. Nie jest bynajmniej łatwo pozbyć się popularnej teoretycznej koncepcji, gdy w tradycyjny sposób przeprowadza się experimentum crusis, nawet jeśli jest naprawdę błędna”. Ale jeśli tak rzeczywiście jest, „jeśli w żaden sposób nie można rozstrzygnąć czy zdanie jest prawdziwe, to zdanie to nie ma w ogóle żadnego znaczenia” – argumentował w rozsądny sposób Friedrich Weismann.

    Weryfikowalność wielu teorii naukowych jest taka sama jak „zjawisk okultystycznych”! A jednak nie są te „szanowane teorie naukowe” odrzucane, ale pochylają się nad nimi w zadumie i wygłaszają uczone sentencje największe autorytety naukowe. W praktyce z reguły, zamiast odrzucić nieweryfikowalne rojenia, grono naukowców, którzy w wyniku obalenia paradygmatu mogliby utracić dotychczasową pozycję społeczną i wpływy środowiskowe tworzy najprzeróżniejsze „protezy” obalanej teorii i dokonuje jej „liftingu” zachowując tym samym swoje stołki i dostęp do funduszy naukowych. Podobnych zabiegów „uatrakcyjniających” z równie silną determinacją, choć zapewne z mniejszym wyrachowaniem, dokonują artyści tworzący dzieła sztuki czy „kapłani” i „prorocy” wszelakich kultów – dla nich też odwrócenie społecznej uwagi od przedmiotu ich pracy oznacza przesunięcie ich samych w społeczny niebyt. Kwintesencją tej sytuacji niech będzie opinia Chrisa Andersona (ur. 1961), redaktora naczelnego międzynarodowego miesięcznika technofili „Wired”: „Wierzę, że niemal wszystko znajdzie się w cieniu niemożności przeprowadzenia dowodu. Dotyczy to również wiary w to, że demokracja, kapitalizm, systemy rynkowe (włączając ewolucję!) są lepsze niż ich alternatywy”.

    Przyjęto od czasu jednego z najbardziej znanych filozofów nauki Paula K. Feyerabenda (1924-1994), uważać, że nie istnieją ponadhistoryczne reguły metodologiczne rozwoju nauk. Reguły i kryteria są zmienne podobnie jak ma to miejsce w religii, sztuce czy filozofii.  P.K. Feyerabend i Th. Kuhn piszą o „niewspółmierności” teorii naukowych czyli „braku wspólnego języka”, „braku wspólnej miary” teorii naukowych. Język paradygmatów zmienia „nie tylko kryteria odniesienia terminów do przyrody lecz również zbiór obiektów i sytuacji, do których się one odnoszą”. Innymi słowy, aparatem pojęciowym Arystotelesa nie można opisać fizyki Newtona czy Einsteina, ale i odwrotnie, nie można też terminologią Einsteina opisać fizyki Arystotelesa, bo trzeba by było we wnioskach stwierdzić, że fizyka Arystotelesa była zbiorem „pozbawionych ładu i składu” bzdur; nie można językiem współczesnej biologii opisywać poglądów ewolucyjnych Jeana Baptiste’a de Lamarcka (1744-1829), Alfreda Russela Wallace’a (1823-1913) czy genetyki Gregora Johanna Mendla OSA (1822-1884), tak samo jak nie można z użyciem XIX wiecznej aparatury pojęciowej pisać o niuansach badań kodu genetycznego zawartego w DNA – uproszczenia jakich należałoby w takim przypadku dokonywać doprowadziłyby do absurdów. Każda rewolucyjna teoria (paradygmat) jest innym widzeniem świata, ma swój własny zakres pojęć przy którym zakreślony przez nią przedmiot zainteresowań ma jakiś sens. „Ważność” każdej teorii naukowej ogranicza się do określonego przedziału czasowego i określonego przedmiotu badań, poza nimi nawet najmądrzejsza teoria naukowa pozbawiona jest sensu, a w najlepszym przypadku może być czytana, jako mało udana bajka, niegrzecznym dzieciom na dobranoc. Podobne, jak tu przedstawione, postrzeganie rewolucyjnych teorii naukowych charakteryzowało stanowisko K. R. Poppera (1902-1994), Żyda, który w ogóle zaprzeczał istnieniu jakichkolwiek procedur weryfikacji.

   Thomas Samuel Kuhn (1922-1996), Żyd, według którego nauka nie dokonała żadnego spójnego postępu, wprowadził do filozofii nauki pojęcie „paradygmatów” i „nauki normalnej”. Paradygmatami nazwał te teorie, które na lata ustanawiały „nowy porządek” w swoich dyscyplinach naukowych (np. teorie: heliocentryczna, grawitacji, ewolucji, kwantowa, względności). Nauką normalną nazwał natomiast mrówczą pracę „rzemieślników naukowych”, którzy ciężko trudząc się nad swoimi doktoratami i habilitacjami poszerzają zakres stosowania paradygmatów (nie wnoszą jednak do nauki żadnych oryginalnych idei).

    Paradygmaty są kamieniami milowymi nauki i implikują nowy świeży sposób postrzegania otoczenia. „Poszczególni uczeni uznając dany paradygmat, nie muszą już w swoich głównych pracach podejmować prób budowania od nowa całej dziedziny wiedzy, zaczynać od podstawowych zasad i usprawiedliwiać każdego z wprowadzanych pojęć”. Paradygmaty to „hamulce bezpieczeństwa” w razie gdyby nauka chciała się cofnąć i powrócić na wcześniej zajmowane pozycje, albo gdyby nowa teoria chciała kwestionować „aktualnie obowiązujące” założenia wówczas członkowie „zakonu naukowców”, owi „rzemieślnicy naukowi”, powiedzą: dość, nie przepuszczamy! (no pasarán!)

    Nauka normalna to takie benedyktyńskie ciułanie kawałek po kawałku, grosz po groszu, chwytanie okruchów, które spadną z pańskiego stołu paradygmatu po to tylko aby sycić nimi ambicje, bo przecież najeść się tym nie można: „w nauce normalnej nie dąży się do czegoś zasadniczo nowego”, a „większość uczonych poświęca się w swojej działalności zawodowej pracom porządkowym”.  „Uczeni nie starają się zazwyczaj wynajdywać nowych teorii i są często nietolerancyjni wobec tych, które sformułowali inni” co czyni ich podobnymi do kapłanów chcących zawłaszczyć kult poprzez uczynienie siebie jedynymi depozytariuszami prawdziwej wiary. „Celem nauki normalnej nie jest odkrywanie nowych faktów czy tworzenie nowych teorii”, jest to raczej popularyzacja teorii, a w najlepszym wypadku mało wymagająca „działalność polegająca na rozwiązywaniu łamigłówek”. „I nie odniesie sukcesu w świecie nauki ten, kto wbrew ogólnie przyjętym przekonaniom – rozpowszechnionym przez dziennikarzy i matki naukowców – nie  uświadomi sobie wyraźnie, że całkiem pokaźna liczba pracowników nauki to ludzie nie tylko ograniczeni i tępi, ale wręcz głupi”.

    Zdaniem przywołanego już wcześniej Paula K. Feyerabenda (1924-1994) filozofia nie może dostarczyć nauce metodologii lub uzasadnienia ponieważ nie ma żadnego uzasadnienia […] nie ma logiki nauki; uczeni tworzą i uznają teorie naukowe z powodów, które są skrajnie subiektywne, a nawet irracjonalne […] naukowcy mogą i muszą robić wszystko co jest potrzebne do posuwania się naprzód […] wszystko wolno

    Na tym etapie nauka nie różni się niczym od religii, sztuki czy filozofii … Kapłani, artyści czy pracownicy naukowi wydziałów filozoficznych tym radykalniej bronią zajętych przez siebie pozycji im mniej oryginalnych idei mają do przekazania. Dla takich kapłanów ogromne znaczenia ma czy wierni będą się żegnać dwoma czy trzema palcami, dla takich artystów trzeciorzędne niuanse staną się pierwszoplanowymi „być albo nie być”, a dla takich naukowców forma a nie treść artykułu będzie rozstrzygać o jego naukowej wartości. Czy można jeszcze zresztą mówić o jakimkolwiek rozwoju nauki jeśli część popularyzatorów na podstawie rozmów i spotkań z najwybitniejszymi uczonymi już obecnie wskazuje na jej kres, a inni także na podstawie wypowiedzi naukowców zauważają, że ilość niebezpiecznych idei w niej zawartych jest większa od ilości dyscyplin?